Dwie Wieże

rajd inauguracyjny roku 2006
od Wieży Bismarcka do Wieży Quistropa

(ilustrowany opis przygód wędrowców przygód spragnionych:)

Tekst - Marlena Gawlik, Zdjęcia - ŁukaszPi


Widok wież sprzed II wojny światowej
za: www.sedina.pl

a oto nasza trasa w zarysie :) ogolny kierunek "na zachód" wyznacza czerwona strzałka)



Tu zdjęcia Nayah
W sobotę, 18 lutego, odbył się kolejny ze słynnych rajdów naszego liceum. Tym razem mieliśmy przebyć drogę od wieży Bismarcka do wieży Quistorpa, choć określenie dokładnej trasy od początku przysparzało sporych trudności. Pewne było jednak miejsce zbiórki, w związku z czym o godzinie 9:00 pod katedrą znajdował się już komplet wędrowców. Najwięcej uczniów było z klas pierwszych, a grono pedagogiczne reprezentowali: pani Marta Fenrych, pani Ania Kisielewska, ksiądz Wojtek Manleski, pan Tomasz Kenar, pan Łukasz Piskorski oraz pan Artur Rusinek, który pojawił się jednak nieco później.
"Zwarci" i gotowi - wyruszyliśmy do tramwaju, by dojechać na Gocław, bo właśnie tam miała się zacząć prawdziwa przygoda. Pokonawszy podejście do wieży, każdy wiedział już, na ile odpowiednie są jego buty, a trzeba przyznać, że wspinanie się na oblodzoną górkę, która w dodatku zaczyna się uporczywie roztapiać, do łatwych nie należy. Przekonała się o tym chociażby pani Ania, której udało się dotrzeć do celu dzięki asekuracji jednej z uczennic (czego się nie robi dla piątki z matematyki)!
Na górze, oprócz wykonania pamiątkowych zdjęć, pojawiały się ciekawe plany zagospodarowania zabytku, ale jak wiadomo sam pomysł nie wystarczy, trzeba mieć jeszcze odpowiednie fundusze, w związku z czym porzuciliśmy marzenia i wyruszyliśmy w dalszą drogę. Jak wchodzenie na szczyt góry przebiegało jeszcze w miarę spokojnie, tak przy schodzeniu rozgrywały się niemalże dantejskie sceny. Każdy bowiem próbował odnaleźć najlepszy sposób na dostanie się na dół z możliwie minimalną liczbą uszkodzeń. Tak więc, jedni dzielnie posuwali się krok po kroku balansując by utrzymać równowagę, drudzy widzieli swą nadzieję w drzewach, lub chociażby samych gałęziach, inni jeszcze, wspominając zapewne swe dziecięce lata, postanowili po prostu na dół zjechać. Większość dała sobie radę sama, może z wyjątkiem pani Ani, dla której naprędce trzeba było sformować grupę ratunkową (czego się nie robi dla piątki z matematyki).
Kiedy już wszyscy pokonali to trudne zejście i cieszyli się chwilą wytchnienia, pani Marta zadała pytanie, które każdego zbiłoby z tropu. Brzmiało ono: "Gdzie my właściwie jesteśmy?" Z początku nikt nie wyczuł grozy, jaka się w nim czaiła i beztrosko odpowiadano, że "jesteśmy tam, skąd przyszliśmy." I to właśnie stanowiło największy problem. My wcale nie powinniśmy tam być. Co więcej, nie powinniśmy w ogóle z tej górki schodzić. Minęła chwila zanim do wszystkich dotarło, co się właściwie stało, a pani Marta udała się z panem Tomkiem na naradę. W tym czasie, od strony przystanku tramwajowego, nadszedł pan Artur, który został powitany gromkimi brawami. Nie mając jeszcze rozeznania w zaistniałej sytuacji, skromnie stwierdził, że nie musieliśmy na niego czekać. W tej samej chwili podjęto decyzję dokąd mamy się dalej udać, więc, nie tracąc czasu, wyruszyliśmy.
Pan Artur szybko znalazł się na czele wyprawy i wiele się nie zastanawiając, prowadził nas z pewnością siebie godną prawdziwego przewodnika. Z kolei pan Tomek, który najwyraźniej bardzo chciał zająć jego miejsce, gorączkowo przeszukiwał mapę w celu odnalezienia właściwej trasy. Trwało to jakiś czas i trudno powiedzieć czy pan Artur najzwyczajniej w świecie szedł właściwą drogą, czy może po prostu pan Tomek nic z tej mapy nie wyczytał, bo szybko się jej pozbył i więcej go już z nią nie widziano.

Tempo, które narzucił pan Artur sprawiało niektórym najwyraźniej pewne problemy, bo ni z tego, ni z owego dokonał się podział na dwie grupy. Pan Łukasz w którymś momencie skwitował, że "Artur chyba się z kimś przy tej wieży umówił i dlatego tak pędzi". Przez pewien czas grupa prowadząca starała się jeszcze co jakiś czas zatrzymywać, by pozostali mogli do nich dołączyć, ale dosyć szybko z tego zrezygnowała. Pan Tomek, który szedł teraz ramię w ramię z panem Arturem, z zadowoleniem stwierdził, że obalił panią Martę i on tu teraz prowadzi, po czym obwołał się Wielkim Imperatorem i od tej pory mieliśmy się zwracać do niego "Najjaśniejszy". Imperator czy prezydent, pan Artur i tak wiedział, że potrzebny będzie doradca, więc ostatecznie wyszło na jego.
Rajd jednak już dawno zamienił się w survival (dla niewtajemniczonych dodam, że to tak zwana "szkoła przetrwania"). Poruszaliśmy się ścieżką, której nie było, brnąc prawie po kolana w śniegu. Nie traciliśmy jednak pogody ducha, najważniejsze w końcu było, aby "trzymać fason", bo jeszcze druga grupa pomyśli, że nie wiemy którędy iść. Mniej więcej po dwóch minutach takiej drogi, pan Tomek wyraził przypuszczenie, że pod nami znajdują się bagna (ten człowiek to dopiero potrafi pocieszyć), w związku z czym zarządzono odwrót. Dalsza droga była równie interesująca - przedzieraliśmy się przez błotniste wertepy, co stało się kolejną przyczyną zabrudzenia odzieży, nie wspominając o butach, w których większość miała już małe jacuzzi.
Gdy zbliżyliśmy się już niemal do celu wędrówki, nagle pochód się zatrzymał i dało się słyszeć głośne: "Słuchajcie - był to pan Tomek - do tego przedszkola chodziłem!" Ton jakim wypowiedział owe słowa sugerował, że w tym momencie powinniśmy wszyscy wydać z siebie pełne zachwytu "aaaaach!". Na dalszym odcinku trasy czekały nas kolejne oblodzone pagórki i właśnie wtedy zakończyła się dobra passa pana Artura, czego, z sympatii do niego, nie będę wnikliwiej opisywać. Kiedy jednak wreszcie znaleźliśmy się u stóp Wieży Quistorpa, stwierdziliśmy, że wstydem byłoby na nią nie wejść. Gdy już to zrobiliśmy, ogarnęły nas wątpliwości czy to oby na pewno była mądra decyzja - trzeba było przecież jeszcze z niej zejść, a schody oblodzone i w dodatku niekompletne. Szczęśliwie, nie zabrakło takich, którzy zabrali ze sobą noże, w związku z czym można było trochę lodu skuć i tym samym uczynić schody bardziej "drożnymi".
Po pewnym czasie dołączyła do nas pozostała część ekspedycji i zaczęto robić zdjęcia, wymieniać się wrażeniami, a także obliczać poniesione straty. Mimo zmęczenia, humory wciąż wszystkim dopisywały, a kiedy znaleźliśmy się na przystanku "trójki", wielu z uczuciem ulgi spoczęło na ławkach...